Zrobieni w renifera

Panu Wiesławowi z Wrocławia tir urwał w mercedesie lusterko. Koszt wymiany firma ubezpieczeniowa wyceniła na 2 tys. zł. I tyle wypłaciła. Ale po paru tygodniach przyszło pismo. Ubezpieczyciel zażądał nowych badań technicznych.

– Przegląd samochodu po wymianie lusterka? Nie uwierzyłem, postanowiłem olać – opowiada pan Wiesław. Zmienił zdanie, gdy doczytał się tego, co w piśmie stało drobnym drukiem. Badanie obowiązkowe nie jest, ale jeśli coś się znowu z mercedesem stanie, firma może odmówić wypłaty. – Ugotowaliby mnie na twardo – irytuje się wrocławianin.

– Powołując się na brak takich badań, łatwo wywinąć się od wypłaty. Przećwiczyliśmy to – wyznaje „Gazecie” dyrektor jednej z mniejszych firm ubezpieczeniowych. – Klient w sądzie nie ma szans, wszystko w białych rękawiczkach.

Skargi na podobne praktyki codziennie trafiają na biurko rzecznika ubezpieczonych. Z roku na rok więcej. W 2008 r. padł niechlubny rekord: 8 tys. na piśmie, drugie tyle w e-mailach. Prawie dwie trzecie dotyczy ubezpieczeń komunikacyjnych OC i AC.

Ubezpieczyciele znają tysiąc i jeden sposobów, żeby się wywinąć od wypłaty.

Twierdzą, że klient zmyśla. Albo szukają kruczków w umowach. – Podczas jazdy zapalił mi się samochód – relacjonuje Jakub Kwiatkowski z Warszawy. Auto oddał do autoryzowanego serwisu. Compensa, w której miał polisę autocasco, szkody wyceniła na kilkanaście tysięcy, ale wypłacić nie chciała. – Okazało się, że mój samochód nie spłonął. Doszło tylko do „samozapłonu alternatora” – Kwiatkowski podnosi głos. A tego – tłumaczyła Compensa – polisa nie obejmowała. Odszkodowanie przysługiwało tylko w wypadku pożaru.

– Rzeczoznawca stwierdził, że samochód był poddany wcześniej naprawom i ustalił ingerencję w zabezpieczenie prądowe alternatora. Uznaliśmy, że zniszczenie nie nastąpiło w wyniku pożaru – tłumaczy Marek Gołębiewski, rzecznik Compensy.

O podstępnych ubezpieczycielach krążą złowrogie opowieści. Wedle jednej klient wpadł autem w Finlandii na renifera. Firma nie wypłaciła odszkodowania, bo renifera nie ma na liście zwierząt, z którymi można się zderzyć.

Czarną listę rzecznika ubezpieczonych otwiera oczywiście PZU, ciągle największy ubezpieczyciel. W stosunku do wielkości firmy najgorzej wypadają Benefia, HDI i właśnie Compensa.

A jeśli już firma w końcu wypłaca odszkodowanie, to próbuje je zaniżyć. Np. stwierdza, że auta nie opłaca się naprawiać. I wypłaca klientowi tyle, ile warte było przed wypadkiem. Ale potrąca wartość wraku. Trik polega na zawyżonej wycenie wraku. Spróbujcie zresztą sprzedać wrak.

Kłopoty mają też osoby, które kupiły polisy na życie. Grzegorz wziął kredyt hipoteczny. Bank postawił warunek: musi dokupić polisę. Gdyby zachorował albo wpadł pod samochód, firma ubezpieczeniowa miała wziąć na siebie spłatę rat. – Rok później wykryto u mnie raka płuc, zacząłem leczenie, musiałem odejść z pracy – mówi Grzegorz. Ale ubezpieczyciel uznał, że nie będzie płacił rat. Wytłumaczył, że polisa obejmowała jedynie „zgon, trwałą i całkowitą niezdolność do pracy oraz czasową niezdolność do pracy spowodowaną leczeniem szpitalnym następstw nieszczęśliwych wypadków”. Leczenia raka nie.

Gdyby nie pomoc rodziny Grzegorz musiałby sprzedać mieszkanie.

Dla firm ubezpieczeniowych ubezpieczenia dodawane do kredytów to żyła złota. Polacy wydają na nie co roku co najmniej miliard złotych. Przy 300 tys. kredytu na 30 lat za polisę zapłacimy 2,4 tys. rocznie. Podobne ubezpieczenie kupione bezpośrednio u ubezpieczyciela kosztuje niespełna tysiąc.

Najgorsza wiadomość: w walce z ubezpieczycielami jesteśmy zdani na siebie. Rzecznik ubezpieczonych może jedynie poprosić firmę ubezpieczeniową o zmianę stanowiska. W 60 proc. przypadków firmy odmawiają.

Pozostaje żmudna droga sądowa.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

sprawdź również