W Stanach Zjednoczonych ujawniono treść decyzji arbitrażowej, w której rodzicom 23-letniej Emily Normandin-Parker przyznano łącznie 40 mln dolarów – po 20 mln dolarów dla każdego z nich – po śmierci córki związanej z przejazdem zamówionym za pośrednictwem Ubera.
Kobieta zginęła w 2023 r. po tym, jak kierowca zatrzymał pojazd w niebezpiecznym miejscu na autostradzie i pozostawił tam pasażerki. Chwilę później została śmiertelnie potrącona przez inny samochód.
Najbardziej interesującym elementem rozstrzygnięcia jest przypisanie odpowiedzialności nie tylko samemu kierowcy, ale również Uberowi.
Uber twierdził, że kierowca jest niezależnym kontrahentem
Jednym z podstawowych modeli biznesowych platform przewozowych jest formalna niezależność osób wykonujących przejazdy. Kierowca nie musi być klasycznym pracownikiem platformy, lecz prowadzi działalność jako odrębny podmiot.
Uber argumentował więc, że jest przede wszystkim platformą technologiczną łączącą pasażerów z niezależnymi kierowcami i nie powinien odpowiadać za każde ich zachowanie.
Arbiter nie zaakceptował tak szerokiego wyłączenia odpowiedzialności i przyjął, że w tej konkretnej sprawie platforma ponosi odpowiedzialność pośrednią za zaniedbanie kierowcy.
Sprawa dotyczy podstawowego pytania: kto naprawdę kontroluje sposób wykonywania usługi
W przyszłych sporach dotyczących platform internetowych coraz większe znaczenie może mieć nie sama formalna nazwa relacji prawnej, lecz rzeczywisty stopień kontroli.
Jeżeli platforma ustala zasady wykonywania przejazdów, sposób kontaktu z klientem, system ocen, warunki korzystania z aplikacji i ma możliwość usunięcia kierowcy z systemu, może pojawić się pytanie, czy rzeczywiście pozostaje całkowicie zewnętrzna wobec sposobu wykonywania usługi.
Amerykański arbiter przyjął w tej sprawie odpowiedzialność platformy, ale nie oznacza to powstania automatycznej zasady dla wszystkich wypadków związanych z przejazdami aplikacyjnymi.
40 mln dolarów pokazuje skalę amerykańskich zadośćuczynień
Po 20 mln dolarów dla każdego z rodziców jest kwotą całkowicie nieporównywalną z typowym poziomem polskich zadośćuczynień po śmierci osoby najbliższej.
Nie należy więc wykorzystywać wysokości tego świadczenia jako punktu odniesienia do wyceny polskiej sprawy.
Znacznie ciekawsza od samej kwoty jest konstrukcja odpowiedzialności i możliwość kierowania roszczenia również do ekonomicznie silnego operatora platformy, a nie tylko do konkretnego kierowcy.
W Polsce najpierw analizowalibyśmy OC pojazdu
W polskim systemie po śmiertelnym wypadku komunikacyjnym podstawowym źródłem kompensacji pozostaje obowiązkowe OC pojazdu. Rodzina zmarłego może dochodzić m.in. zadośćuczynienia, kosztów pogrzebu, renty oraz w określonych sytuacjach odszkodowania za znaczne pogorszenie sytuacji życiowej.
Dopiero odrębnej analizy wymagałaby ewentualna odpowiedzialność operatora platformy.
Znaczenie miałaby treść relacji łączącej kierowcę z platformą, poziom kontroli nad wykonywaniem przewozu, obowiązki dotyczące bezpieczeństwa i szczegółowe okoliczności konkretnego zdarzenia.
Amerykańskiego arbitrażu nie można traktować jak wyroku polskiego sądu
Trzeba także zachować bardzo ważne zastrzeżenie. Rozstrzygnięcie zapadło w prywatnym arbitrażu w Stanach Zjednoczonych. Nie jest więc precedensem wiążącym polskie czy europejskie sądy.
Pokazuje jednak kierunek sporów, który może pojawiać się coraz częściej wraz z rozwojem platformowego modelu świadczenia usług.
Dla osób poszkodowanych podstawowe pytanie będzie brzmiało: czy odpowiedzialność kończy się na osobie bezpośrednio wykonującej usługę, czy w określonych okolicznościach można objąć nią również podmiot, który organizował cały system, czerpał z niego przychody i sprawował nad nim realną kontrolę.