Sam przeciwko państwu i policji. Uparł się i wywalczył 200 tys. zł

Kwi 2nd, 2014 | By | Kategoria: Aktualności

Nim Marek Piwowarczyk kupił bmw, prosił policję o sprawdzenie, czy nie jest kradzione. Usłyszał, że nie. Pół roku później prokuratura zabrała samochód. Po długim procesie państwo zapłaci mu 200 tys. zł. Oferta była kusząca: trzyletnie BMW X5 wystawiono za nieco ponad 120 tys. zł., czyli dużo poniżej ceny rynkowej. Ogłoszenie w jednej z branżowych gazet znalazł syn Marka i Sylwii Piwowarczyków ze Strzelec Opolskich. Sprzedawała duża poznańska firma – pośrednik od lat zajmujący się handlem samochodami sprowadzanymi głównie z Niemiec.

Prokuratura zabiera auto

– Firma miała dobrą opinię, ale chcieliśmy mieć tysiąc procent pewności. Sprawdziliśmy więc KRS firmy, prześledziliśmy jej historię. No i samochód. Sprzedawca miał wszystko: klucze, co oczywiste, ale nawet ten serwisowy. Dokumenty wyrejestrowania samochodu z Niemiec i tak dalej. Byłem pewien, że to legalny zakup, ale jeszcze dla pewności zadzwoniłem do znajomego policjanta, by prześwietlił w bazach i sprawdził, czy to bmw nie jest poszukiwane.

Znajomy zgodził się pomóc. Rozmawiając z Piwowarczykiem, zszedł do dyżurki i polecił dyżurnemu sprawdzić podane przez Piwowarczyka numery rejestracyjne i VIN wozu.

– Dla pewności spytałem, czy sprawdzili nie tylko polską bazę, ale również tę dotyczącą strefy Schengen, bo przecież samochód był na niemieckich blachach.

– Jest „czysty” – zapewnił znajomy.

Piwowarczykowie go kupili. Samochodem cieszyli się pół roku. Potem zabrała go prokuratura.

Było tak: w Strzelcach Opolskich, niespełna 20-tysięcznym mieście, wszyscy się znają. Marek wiedział, że oprócz niego jeszcze jeden mężczyzna ze Strzelec kupił samochód od poznańskiej firmy. Jako jeden z pierwszych dowiedział się również, że znajomemu samochód zabrano, bo okazało się, że był kradziony.

– Od razu postanowiliśmy jechać na policję, by raz jeszcze sprawdzić nasze bmw. Tym razem do innego komisariatu – wspomina Sylwia, żona Marka.

Znów dyżurny sprawdzał bazy. Pierwsze wyszukiwanie w polskiej nic nie pokazało. Wtedy policjant kliknął w drugą zakładkę – system informacyjny Schengen.

– Chwilę patrzył, potem odwrócił monitor w naszą stronę. Tam wszystko na czerwono i alarm „samochód do zatrzymania”. Zaczęliśmy się tłumaczyć, że bmw było sprawdzane. Policjant nie chciał uwierzyć.

Policja przeprasza, ale nie płaci

Po bmw został Piwowarczykom jedynie kredyt do spłacenia. Musieli zwrócić także to, co sobie za samochód odpisali od podatku. Potrzebowali prawnika. Koszty rosły. Pozwali strzelecką komendę, czyli skarb państwa. Za błąd policjanta domagali się zwrotu 120 tys., czyli wartości samochodu, i odsetek.

Rzecznik opolskiej komendy wojewódzkiej Maciej Milewski przeprosił. – To zdarzenie jest bardzo przykre nie tylko dla oszukanych osób, ale również dla policji, bo przez jednego policjanta wszyscy na tym tracimy – mówił. – Trudno powiedzieć, dlaczego funkcjonariusz nie znalazł informacji o tym, że samochód jest kradziony. Może był to błąd systemu, może niekompatybilność polskiej bazy danych z zagraniczną. Na pewno będziemy musieli z tego zdarzenia wyciągnąć wnioski.

Prokuratoria Generalna – powołana, by chronić interes skarbu państwa – domagała się oddalenia roszczenia w całości. Piwowarczykowie przegrali w dwóch instancjach.

Sąd w Opolu uzasadniał, że nie ma związku między błędem czy też zaniechaniem policjanta sprawdzającego bazę a kupnem przez Piwowarczyków samochodu, bo policjant nie złamał żadnego przepisu.

„Powództwo jest nieuzasadnione, gdyż powódka [Sylwia Piwowarczyk] nie wykazała, aby doznała szkody na skutek niezgodnego z prawem działania lub zaniechania ze strony pozwanej [komendy] w związku z wykonywaniem władzy publicznej. (…) Ogólne cele i działania policji, na które powoływała się powódka, nie mogą stanowić podstaw odpowiedzialności strony pozwanej w przypadku nienaruszenia przez nią żadnej konkretnej normy prawnej”.

Działanie policji jako „koleżeńska przysługa”

Wrocławski sąd apelacyjny podtrzymał wyrok, argumentując, że cała sprawa nie dotyczy działania policji jako takiej, tylko „koleżeńskiej przysługi”. Gdyby Piwowarczykowie osobiście przyszli na komendę i poprosili o sprawdzenie samochodu, doszłoby do wykonania obowiązków służbowych przez policję. Tymczasem oni nie poszli do komendy, ale zadzwonili do znajomego policjanta. To zdaniem sądu należało uznać za rozmowę prywatną, więc policja nie ponosi odpowiedzialności.

Przemysław Kuliński, adwokat Piwowarczyków: – Najważniejszą kwestią było to, czy policjant, działając na prośbę znajomego, działał jak funkcjonariusz, czy też po prostu jako znajomy. Wydaje mi się, że biorąc na chłopski rozum, to chyba każdy uzna, że policjant działał w ramach swojej pracy tak jak np. lekarz. Jednak sądy, najpierw opolski, potem wrocławski, miały inne zdanie – opowiada adwokat.

Z Piwowarczykami zgodził się dopiero Sąd Najwyższy, do którego złożyli skargę kasacyjną. SN uznał, że policjanci wykonywali obowiązki służbowe. Sprawdzając, czy samochód nie jest kradziony, „realizowali zadanie policji polegające na wykrywaniu przestępstw, a zatem działali w ramach wykonywania władzy publicznej”.

Po wyroku wrocławski Sąd Apelacyjny nakazał wypłacić Piwowarczykom koszty utraconego samochodu plus odsetki i koszty procesu. W sumie blisko 200 tys. zł.

Państwo kontra obywatel

– To sukces – mówię.

– Sukces… – Piwowarczyk się zamyśla. – Oczywiste dla nas było, że dyżurny, który sprawdzał nam samochód, nie otworzył bazy SIS. Dlaczego? Nie wiem, chyba mu się nie chciało. Policja nigdy na to pytanie nie odpowiedziała, a funkcjonariusz jeszcze przed końcem procesu odszedł na emeryturę. I tyle.

Piwowarczyk z podziwem wspomina prawnika Prokuratorii. – Był bardzo dobry. Asy trzymał na koniec procesu, zresztą cały czas był świetnie przygotowany. Tym bardziej mnie to boli. Oszukali mnie złodzieje i policja, a państwo, zamiast otoczyć nas opieką, wysyła przeciw nam swoich najlepszych ludzi. Kolejny absurd? Urzędnicy. Myśmy samochód bez problemu zarejestrowali. A przecież w starostwie też sprawdzają, czy nie jest kradziony. I co? Dobił mnie również ubezpieczyciel. PZU mimo całej sytuacji domagało się kolejnych rat za ubezpieczenie, nawet po tym, gdy nam odebrali bmw. Zero zrozumienia sytuacji, tylko płać.

gazeta.pl

Tagi: ,

Komentarze są zablokowane.

Skomentuj